Środa 24.07 – Dzień 10

Środa 24.07 – Dzień 10

With 0 Comments, Category: Istambuł 2012,

„Dzisiaj to był horror” i to nie dlatego, że odwiedzili Dracule, ale przez kolejność różnorakich wydarzeń, które przedstawię w dalszej części. Zaczęło się jak zwykle pobudką o godzinie 5.50. Na wpół przytomni rowerzyści udali się na Mszę Świętą, po niej zjedli śniadanie i wyruszyli zdobywać kolejne kilometry. Dzień zapowiadał się nadzwyczajnie pięknie. Pierwszy cel – zamek Draculi, który tak naprawdę z Draculą nie ma nic wspólnego, ale ludzie kupują to i odwiedzają go niczym pielgrzymki sanktuaria. Usytuowany on jest w miejscowości Bran. Prawdziwy zamek, a w zasadzie ruiny zamku Draculi znajdują się 50km od tamtego miejsca, niestety, okazał się on poza zasięgiem śmiałków. Na miejscu farciarze spotkali grupkę Polaków z przewodnikiem i od razu nawiązali kontakt, dzięki czemu mieli darmowego pilota po średniowiecznym zamczysku. Wszyscy ludzie chcieli robić z nimi zdjęcia. Czyżby wieść o szalonych rowerzystach na tajemniczych maszynach rozniosła się jeszcze bardziej?

Koniec zwiedzania, czas na długą i wyczerpującą jazdę. Otaczająca ich wspaniała zieleń, wysokie góry i lazurowe niebo dodawały im sił, przypominając o wielkości naszego Boga, który te cuda stworzył. Chwilę później, zadumani nad pięknem świata, znaleźli się przed ogromną przełęczą sięgającą 1000m wysokości. To ich dzisiejszy wróg. 20 km ciągłej jazdy pod górę. To nie koniec. Rowerzyści musieli zmagać się z ogromnym wiatrem, który nieraz osiągał miano huraganu. W końcu poczuli, co to jest Transylwania. Kaski już nie służyły im jako ochrona głowy w razie wypadku, ale jako zabezpieczenie przed spadającymi szyszkami i latającymi gałęziami. Do tego wszystkiego doszedł jeszcze upał sięgający 40 stopni Celsjusza. Jeden plus – nawierzchnia jezdni była rewelacyjna! Wraz ze zbliżaniem się do szczytu robiło się coraz stromiej, a wiatr nasilał się jak nigdy, przez co było niebezpiecznie. Jak zeznał ks. Grzegorz  – „Jechaliśmy razem, jakby wtuleni do siebie”.  To nie koniec ich rozterek. W pewnym momencie wjechali w stado dzikich krów, które swoimi masywnymi cielskami zagrodziły przejazd, po czym w rowerzystów wjechały samochody. Sytuacja bez wyjścia, ale Opatrzność Boża jak najbardziej czuwa i chwilę później Chojraki ruszyły dalej. Mateusz jednak został pościgany już nie przez psa, jak Maciek, ale przez młodego byka. To dopiero wyzwanie. Byczek po pewnym momencie odpuścił dalszy pościg, po tym jak zobaczył całe oblicze Małego :) To się nazywa walka z dziką przyrodą i żywiołem. Po 30 minutach przed rowerzystami wyłoniły się piękne góry! To oznaka tego, że zdobyli najwyższy punkt. Tam krótki odpoczynek, szybkie „żarcie”, bo inaczej tego nie można nazwać i z górki. Prędkość zamiast zwiększyć się, była jeszcze mniejsza niż wcześniej ze względu na zabójczy nieraz wiatr, który, co jakiś czas straszył śmiałków i wpływał na ich wyobraźnie. A jeśli się nam coś stanie? To co wtedy? Nikogo z nami nie ma! Ta niepewność szybko minęła, bo trasa z górki, która zapowiadała się niezwykle długa, mierzyła sobie w rzeczywistości zaledwie 3km. Rowerzystów czekały kolejne przygody, ale o tym potem!

Kiedy pożegnali Karpaty zaczął się delikatny zjazd. Na ludzkie oko było płasko, ale rower sam jechał do przodu. Jedyny problem to potworny, niewidoczny nieprzyjaciel, który z ogromna siłą popychał śmiałków z lewej na prawą i z prawej na lewą. Zdarzało się też, że byli hamowani. Jechali jak na pasie startowym – droga cały czas prosto, bez zakrętów. Proszę o zapięcie pasów… 3, 2, 1 odlatujemy, życzymy przyjemnego lotu…  Najgorsze okazały się ostatnie 40km przed noclegiem. Wspominałem o jakiejś przygodzie?

Kiedy tak jadą po dwupasmówce zapatrzeni przed siebie, nagle ni stąd ni z owąd wyłania się pewna młoda, bardzo atrakcyjna dziewczyna, w wysokich butach na koturnie i krótkiej spódniczce. Ksiądz prowadzi. Ona wybiega na drogę i próbuje zatrzymać naszego kapłana. Jednak on się nie daje, zamyka oczy i jedzie przed siebie. Teraz już nic dla niego nie jest ważne, jak tylko wyprzedzić tę kobietę i nie spojrzeć na nią. Kto następny? Aneta! Sytuacja niesamowicie komiczna. Nasz czołg okazał się niezłym kąskiem dla pani lekkich obyczajów. Ale i ona wraz ze wsparciem kolegów z drużyny pojechała dalej. Na końcu został Maciek! Na niego to się wprost rzuciła, a zaraz za nią przybiegły kolejne dwie! Biedny Maciuś, ale dał sobie radę i wyrwał się z ich rąk. Chyba pobił rekord prędkości! Sidła zostały przerwane!

Rowerzystów cały czas mijają samochody, które jak dalej twierdzi ks. Grzegorz trąbią na nich z sympatii. Są pewne fakty, które to potwierdzają, np. pasażerowie machają do nich, ale dzieje się to niezbyt często, więc nie oszukujmy się, ktoś tu jeździ środkiem drogi i nie chce się do tego przyznać! Dzisiaj zdarzyło się, że nawet pociąg zaczął trąbić, to nic w porównaniu do tego, jak na klakson naciskają kierowcy tirów. To przerażające dźwięki mogące przyprawić o zawał serca. Mówię serio.. to jest najgorsza rzecz na trasie. Wracając do pociągu, został on przez chojraków wyprzedzony!

Mateusz miał pecha, a zarazem szczęście.. podczas pedałowania zaczęły do niego dochodzić niepokojące dźwięki, jakieś strzykanie. Do cierpliwych chyba nie należy, ale ja też bym tak zareagował. Szybkie hasło do księdza, że u szefa coś strzela w kołach i krótka chwila na przegląd roweru, dopóki ksiądz nie stwierdzi, że to znowu żart. Dobrze, że się zatrzymali. Mały miał w kole gwoździa, jednak dętka się nie przebiła. Kolejny cud?

Chojraki dojechali do Ploiesti! Troszkę im zeszło czasu, zanim dotarli na miejsce noclegu, ale przynajmniej mają dach nad głową. Z tamtejszym księdzem jednak nie pogadają, bo zna jedynie włoski i francuski, czyli będzie zero kontaktu. Mają dwa prysznice i stół do „Ping Ponga”. Jutro wyruszają w nieznane, bez zapewnionego miejsca noclegowego.

O godzinie 20.30 spod mojego domu wyjechała ekipa wsparcia, która zabrała ze sobą jedzenie, wodę, podręczne rzeczy i części zamienne. Oczywiście wszystko dla naszych rowerzystów. W samochodzie na podbój Turcji wyruszyli Ks. Tomasz, Ks. Kuba, Pani Ania i moja mama – Ewa Dobija! Wreszcie się oficjalnie ujawniłem, co? W końcu trzeba było poznać autora tych bazgrołów, bo dzisiaj ostatni dzień relacji! Mama wyjechała, a ja muszę gotować, sprzątać i prasować.

 

CIEKAWOSTKA

Co jedzą nasi rowerzyści?  Najczęściej zapychają się chlebem różnego rodzaju, do którego dokładają dżem, ser, banany, musli. Odkryli chyba jakąś nową kuchnię transylwańską. Jedzą co popadnie! Ostatnio stwierdzili, że najlepiej jest spożyć jak najwięcej cukrów i tłuszczów przed każdą kolejną podróżą. Długo im to zajęło. Zwłaszcza, że o tym wiedzieli już nasi przodkowie z jaskiń. Śmieję się! Ada na samym początku kupowała „cole zero”, ale zmieniła zwyczaje, bo jak nazwa mówi, cukrów tam nie ma, więc się nie nadaje! Przeważnie popijają kanapki colą a kiełbasę mlekiem, może trochę więcej o zdrowym żywieniu dowiedzą się od ekipy, który już jedzie na sygnale!

Aneta zaprzyjaźniła się z rannym psem i podczas gdy wszyscy odmawiali Koronkę do Bożego Miłosierdzia, ona zagłaskiwała go z ogromną czułością, dzięki czemu zyskała sobie nowego przyjaciela. Oddała mu swoja porcję mleka i pozbierała od wszystkich wodę. Dalsza Podróż? Niemożliwa, ze względu na ogromne pragnienie. Trzeba szybko coś kupić.

Śmiałkowie odkryli, że cola ma zbawienny wpływ dla „COLAżka” to znaczy, dla kolarza! Dzięki niej da się również schudnąć, oczywiście przy pomocy roweru. Jest jednak jeden skutek uboczny. Rosnące mięsnie nóg, bo niby na twarzy stają się powoli niewidzialni, to nogi przybierają na masie! Ale o to chodzi w rowerach!

 

dzien 10

 

Bilans dnia

Rumunia

130 km

Maksymalna prędkość – 30km/h

Wielka przełęcz sięgająca 1000m wysokości

Jedna opona przebita, dętka nie uszkodzona!

Jezdnia rewelacyjna

Ogromny wiatr

 

Hasło dnia:

 

„Jedźmy już, to wieczorem coś porobimy!” Maciek

 

I tak zajechali, podobno wieczory są u nich bardzo długie i owocne! Generalnie twierdzą, że nic nie pamiętają i jak wczoraj dzień zakończyli z pełną kulturą słuchając Bocceliego, to dzisiaj zasypiali przy słowach piosenki „Time to say goodbye” tego samego wykonawcy!

 

Pozdrowienia dla:

 

  • Ks. Bogusława Mielec
  • Ks. Macieja Moskwy
  • Ks. Czesława Konior
  • Ks. Krzysztofa Zięby
  • Ks. Przemysława Bukowski
  • Rodzin od wszystkich
  • Mamy, taty, babci i rodzeństwa od Maćka!
  • Mamy i brata Wojtka od Janusza
  • Ks. Kuby od Ojca Grzegorza
  • Rodziców, brata i siostry od Anetki

 

1230

łącznie przejechanych kilometrów!

<