Wilno 2011

Święty Eugeniusz, gdy pisał o pracy z młodzieżą, tak się wyraził: „z  młodzieżą trzeba odważyć się na wszystko”. Trudna wskazówka, ale jak się okazuje genialna. Młodość bowiem charakteryzuje niebanalność, pragnienie czegoś więcej i co najpiękniejsze w tym wszystkim, to wiara, że wszystko jest możliwe.

 

Pomysł padł w przy stoisku, gdzie oaza sprzedawała znicze w listopadzie 2011 roku: „A może by tak rowery w wakacje? Może rowery: gdzie? Nad morze, mazury. No i gdzie jeszcze? Do Matki Wileńskiej. A później jeszcze do Moskwy, ale o tym nieco niżej. Decyzja zapadła. Kwestia ekipy, sprzętu i organizacji zeszła na dalszy plan. Od tego momentu żyliśmy myślą, że jedziemy. Ale pytanie po co? Jak to po co? Tego roku jest Dzień Młodzieży w Madrycie. Gdyby nie fakt, że już było wszystko załatwione z naszym wyjazdem do Madrytu autokarem, to pojechalibyśmy tam pewnie rowerami.

Zatem, pozostało nam Wilno i intencja, którą zawieźliśmy Maryi o Boże błogosławieństwo na czas wyjazdu naszej młodzieży w liczbie 56 osób do Madrytu, oraz siły dla Papieża i duchowe owoce XXVI Światowych Dni Młodzieży dla wszystkich, którzy się tam wybierają. Później okazało się, że nasze rowery zostały oprócz sakw z bagażami obciążone wieloma prywatnymi intencjami naszych Drogich Parafian, które zawieźliśmy, okupione naszym trudem do Ostrej Bramy w Wilnie.

 

A teraz do rzeczy. Było nas sześciu w składzie: ks. Grzegorz Kierpiec, Tomasz Legierski, Maksymilian Czerwiński, Dominik Kania, Adrianna Wisła i Aneta Sendor. Cel: zdobycie Wilna czyli jazda rowerem ok. 1200 km. Start: Świnoujście.

A teraz po kolei. 10 lipca w godzinach popołudniowych z parkingu przy Kościele ruszyliśmy do Bielska (oczywiście rowerami) przez Wilkowice. Jak się później okazało, górka w Wilkowicach była dla nas najtrudniejszym odcinkiem dającym się we znaki. Oczywiście na trasie były większe i dłuższe podjazdy, ale w Wilkowicach spotkaliśmy się z podjazdem po raz pierwszy na naszym wyjeździe. W Bielsku przyjechał pociąg nocny do Świnoujścia i Kołobrzegu. Ludzi ogromna ilość. Pierwsze zwątpienie, czy uda się nam zapakować z rowerami. Dziś stwierdzam z perspektywy, że to była najkoszmarniejsza przygoda naszego rajdu: przejazd pociągiem z rowerami do Świnoujścia. Nie było wagonu na rowery, więc rowery wstawiliśmy do przedziału osobowego zajmując 6 miejsc siedzących rowerami i 6 miejsc siedzący dla nas. Pierwsze minuty i godziny nie były takie złe, ale jak się później dosiadali nowi pasażerowie a pociąg zaczynał pękać w szwach widok naszych rowerów przez ludzi stojących całą noc na korytarzu wywoływał fale złości. My na pytania: czyje to rowery, gdzie jest konduktor: odpowiadaliśmy, że nie wiemy, że tak już to zastaliśmy. W ciągu nocy, agresja się zwiększała i temat zdawał się być tylko jeden: czyje to rowery.

Jednak wyrzuty sumienia pojawiały się u niektórych z naszej ekipy (i o dziwo, nie u księdza J), że postanowili wyjść i ofiarować swoje miejsca siedzące tym którzy stali na korytarzu (Ksiądz twardo siedział i miał pretensje do PKP, że pomimo zakupionego biletu na przewóz rowerów Kolej się nie wywiązała – zatem rowery potraktowaliśmy jako zwykłych pasażerów). Bardzo śmieszne było to, że ludzie najbardziej narzekający, którym się zaoferowało miejsca do siedzenia, zaczęło wychwalać dzisiejszą młodzież (czyli właścicieli tych nieszczęsnych rowerów – gdyby tylko wiedzieli, kogo rowery znajdują się za ścianą). Po kilku godzinach nawet ksiądz wyszedł i odstąpił miejsce a resztę nocy spędził na ziemi korytarza. Mieliśmy wysiąść na wcześniejszej stacji, ale lęk przed publicznym linczem sprawił, że dojechaliśmy na gapę bez biletu do ostatniej stacji i odczekaliśmy trochę aż wszyscy wysiądą i zrobi się czysto. Warto podkreślić, że pół nocy padał deszcz i perspektywa jazd rowerem w deszczu wyraźnie ostudziła nasz zapał. Ale cud się zdarzył. W momencie wysiadania w Świnoujściu, przestało padać i pojawiło się błękitne niebo (nie ma tu, żadnej ściemy – tak zaiste było).

Ranek oznacza śniadanie. 2 km jazdy rowerem i już byliśmy na plaży. Solidne śniadanie w akompaniamencie szumu fal. Modlitwa i kierunek na Kołobrzeg. Trochę nas niebo postraszyło w trakcie jazdy, temperatura spadła, jazda była nieciekawa i długa jak na pierwszy dzień.

Niemniej jednak dojechaliśmy, bo musieliśmy (nie mieliśmy namiotów, każdy nocleg był załatwiony w parafii). W Kołobrzegu po odnalezieniu noclegu, w euforii znaleźliśmy się znów na plaży i pierwsza kąpiel w morzu. Później fenomenalny zachód słońca i msza w ośrodku Caritas.

 

Następny dzień był bardzo pogodny: wręcz idealny do jazdy rowerem, nie za ciepło i nie za zimno. Dojazd do parafii w Duninowie (7 km od Ustki) nie stanowił zbytniego problemu. Tego dnia przejechaliśmy 130 km. Wieczorem po wspaniałej mszy i gościnie u ks. Proboszcza (byłego rowerzysty – amatora, który miał na koncie Rzym – rowerem) pojechaliśmy na naszych rumakach do Ustki na plażę. Było tam tak pięknie, że nie zauważyliśmy, że już jest prawie ciemno, a światełek w naszym peletonie jak na lekarstwo.

No i co się mogło stać? Jak to co? Policja nas złapała na 4 km powrotu do Duninowa, czyli zostało nam jeszcze 3. Co za pech. Zatrzymani byliśmy nie tylko my. Otrzymaliśmy pouczenie i w fali uśmiechów dokonaliśmy roszady peletonu: światło lidera i zamykający też ze światłem, a w środku wszyscy ciemni J. Dojechaliśmy, ale stylem typowo polskim. Tylko zniknął nam radiowóz z pola widzenia i już każdy jechał jak chciał. Ostatnie 2 km, to wyścig jak na Tour de Pologne do parafii. I tak minął wieczór i poranek dzień 2. Rano znów solidne śniadanie podarowane przez gospodarzy: ogromna ilość łososia. No, ale tak dużo go dostaliśmy, że towarzyszył nam jeszcze przez pół dnia na trasie.

Ostatnie kawałki zjedliśmy z obowiązku, nie ze smaku, po czym każdy orzekł: nigdy więcej łososia. Ten dzień zapamiętamy jak dzień walki z wiatrem. Wiało nieprzeciętnie, ale dlaczego w twarz a nie w plecy? Nie przeszkodziło nam to jednak zrobić 130 km i znaleźć się Gdyni u księży Sercanów.

Do dyspozycji dostaliśmy całą jadalnie z kuchnią. Warunki do przetrwania idealne. Ten nocleg był dla nas ważny, ponieważ planowaliśmy zostać na dwa dni i zwiedzić jeszcze Gdynie z Helem. Jak postanowiliśmy tak się stało. Następnego dnia, odpoczywały także rowery. Autobusem do Centrum i z portu statkiem na Hel. Jedno słowo, które mi się nasuwa wspominając te chwile. Tam było cudownie. Tam się spełniło moje wyobrażenie tego wyjazdu. Było dokładnie tak jak to sobie wymarzyłem, a nawet jeszcze lepiej. Plaża i zachód słońca i żadnego pośpiechu.

Wszystko co dobre szybko się kończy. Po przerwie czas w dalszą drogę. Teraz do Fromborga. Po drodze jutrznia na molo w Sopocie, kawa na starówce w Gdańsku i pierwsza pęknięta linka zmiany przerzutek (dobrze, że stało się to 400 metrów od sklepu rowerowego). Złapanych gum nie liczę (to taka naturalna dolegliwość rowerów, o której wytrawni rowerzyści nie wspominają bo nie ma o czym). Tak się zachwycaliśmy pięknem Sopotu i Gdańska, że nie zauważyliśmy że już 15.00, a my do noclegu mamy jeszcze 100 km. Ale się udało. Mówiłem, że o pękniętych dętkach się nie wspomina. Jednak teraz wspomnę, bo koło naszego rowerzysty było jakieś zaczarowane (no bo jak może się przebijać co 10 km?). Przez to felerne koło straciliśmy wszystkie zapasy dętek całej grupy, a koło jak było bez powietrza tak też został. I co robić? Do domu daleko. Rower nie sprawny. Pomysł. Rower i właściciel do autobusu. Autobus przyjechał, ale kierowca za żadne skarby nie chce wziąć roweru. Rozmowa trwała długo, negocjacje jeszcze dłużej. Dopiero wyraz załamanej miny ks. Grzegorza i apogeum rozpaczy wyrażone słowami: to co my teraz mamy zrobić? złamał kierowcę, który się zgodził. Wszyscy pasażerowie przysłuchiwali się naszym pertraktacjom i po cichu nam kibicowali do tego stopnia, że o mały włos nie zaczęli bić brawa na słowa zgody kierowcy. Kolega dojechał do Elbląga, my później też, ale do Fromborga jeszcze 30 km, a tu już robi się półmrok. Rower nadal nie sprawny. Znów kolejna walka o transport. Pociągi nie jeżdżą, a kierowca autobusu (nie wiem czy to jakaś zmowa) znów nie chciał zabrać roweru. Tym razem już się nie kłóciliśmy tylko wyciągnęliśmy asa z rękawa, czyli załamaną i zdesperowaną twarz Księdza. Udało się po raz kolejny. Kolega dojechał, znalazł nocleg i pod pomnikiem Kopernika oczekiwał na peleton. Dojechaliśmy. Pobijaliśmy wszelkie rekordy prędkość przez te 30 km. O zmierzchu wjechaliśmy w tajemniczą miejscowość iście z horrorów o Draculi. Cicho, ciemnio, pusto a wokół wiele zamków. Nawet księżyc wychodzący za chmur nadawał ton ogólnej grozie miejsca. Kiedy zobaczyliśmy dobrze nam znany napis Caritas, trochę się uspokoiliśmy. Później dostaliśmy ultimatum od księdza gospodarza. Kuchnia czynna do 23.00, a była 22.15. Dziewczyny stawały na głowie, aby coś ciepłego przygotować do jedzenia i jak zwykle sprostały zadaniu. Na kolacje były jakieś naleśniki albo omlety (nie bardzo potrafię sobie przypomnieć) z dużą ilością smażonej cebuli i ketchupu. Fantastyczne to był, bo szybko zniknęło. 23.30 – jeszcze nie odprawialiśmy mszy. Pomysł: idziemy nad zatokę i nad wodą odprawimy mszę. Poszliśmy. Ogromny wiatr. Zapomnieliśmy wody do mszy. Wiatr wieje dalej. Jedna osoba deklaruje, iż pobiegnie do najbliższej tawerny po wodę. Wiatr wieje jeszcze mocnej. Rezygnacja z miejsca – wracamy bo za mocno wieje. Po drodze spotykamy – dziwnie idąca osobę – jeszcze niedawno biegnącą po wodę. Msza ostatecznie została odprawiona pod katedrą niedaleko pomnika Kopernika. Po mszy wyszło, dlaczego owa osoba wracająca z wodą tak dziwnie szła w naszym kierunku. Otóż, przewróciła się J, ale tak poważnie, że jej kontynuacja rajdu stała pod znakiem zapytania. Pojawiała się poważna opuchlizna, gorączka, a lekarstw żadnych. Kolano i palce ręki ciężko poturbowane (a jak się nie trudno domyślić kolano i ręka cały czas pracują na rowerze). Wszystkim w głowach pojawiała się taka myśl: no rozumiem przewrócić się na rowerze, ale na ziemi? Nikt tego na głos nie wypowiedział, by nie dolewać oliwy do ognie. Zatem dzień wybitnie ciężki: z jednej strony poważna awaria roweru naszego kolegi i jeszcze poważniejsza awarią ludzkiego ciała. Ta noc była przełomowa. Pocieszaliśmy się tylko tym, że widocznie intencje które wieziemy wymagają nawet ofiary z bólu. Wczesnym rankiem dwie osoby busem podjechali do sąsiedniego miasta do sklepu rowerowego, aby zdiagnozować chorobę kola felernego roweru. Przyczyną okazała się sama opona, z której wystawało zbrojenie przebijające dętki. Wymiana opony już na stałe wyleczyła rower. Gorzej z kolanem i ręką (tego wymienić się nie da). Jednak wola walki i odpowiedzialność za wiezione intencje wzięła górę nad bólem. Zaaplikowane leki przeciw bólowe zrobiły swoje. Jazda kontynuowana w kierunku Olsztyna.

Po drodze do Olsztyna, przejeżdżaliśmy przez Pieniężno. Tam szczególnie interesowało nas seminarium Księży Werbistów. Mieliśmy tam zabawną rozmowę z panią, która pracowała w seminarium. Wiedząc, że klerycy wyjechali na wakacje poprosiliśmy o możliwość zwiedzenia budynku. Może przytoczę całą rozmowę

– ks. Grzegorz: Czy mogę wejść do seminarium?

– Pani tam pracująca: Nie, niestety nie, ale zawsze można wstąpić do seminarium.

 

– ks. Grzegorz: Ja już niestety nie mogę.

– Pani tam pracująca: dlaczego nie może, każdy może wstąpić, jeśli tylko chce.

– ks. Grzegorz: ja już nie mogę bo już jestem księdzem.

 

Owa pani odwróciła się i zniknęła gdzieś w ciemnościach seminaryjnych murów.

W Olsztynie powitał nas ksiądz ze zgromadzenia Księży Sercanów. Ten nocleg był krótki i nie odznaczył się niczym wartym wspominania z punktu widzenia roweru. Tego dnia odwiedził nas brat Ady, Mateusz, który przyjechał do nas na swoim motorze.

Rano pobudka, msza i wyjazd do Giżycka, do którego ostatecznie nie dojechaliśmy ponieważ zakochaliśmy się w Mikołajkach, które znajdowały się na trasie. Mikołajki są piękne, ale tu nie mamy żadnego noclegu. Pada hasło: niech ksiądz coś znajdzie do spania. Wychylaliśmy nasze głowy ponad tłumy ludzi w poszukiwaniu jakichś wież kościoła. Znaleźliśmy trzy. Dwie katolickie i jedną protestancką. Udało się załatwić noclegi. Śmialiśmy się później, że ludzie płacą ogromne pieniądze za nocleg w hotelu, a my za darmo śpimy na ziemi w salce. Ten wieczór był bardzo długi. Do późnych godzin spacerowaliśmy wzdłuż jeziora wsłuchując się w szanty.

 

Rano z żalem opuściliśmy Mikołajki i kierunek na Sejny tuż przy granicy. Tego dnia było do zrobienia 150 km. Udało się jak zawsze. Na trasie Augustów – Sejny spotkaliśmy Tajwańczyka – rowerzystę. Nasz nowy przyjaciel rowerzysta podróżuje od roku i miesiąca na swoim rowerze. Na jego koszulce dopatrzyliśmy się śmiesznego napisu: „Bez roweru nie ma życia”. Po pożegnaniu umówiliśmy się na spotkanie w południowych rejonach Polski, gdzie zamierza się znaleźć niebawem.

Do Sejn zdążyliśmy dojechać przed deszczem. Znaleźliśmy się we wspaniałej Bazylice Mniejszej Matki Bożej Sejneńskiej. To był specyficzny nocleg. Mieszkaliśmy w muzeum wśród obrazów. I dodam jeszcze, że ze wszystkich stron od 22.00 byliśmy odgrodzeni alarmem. Nie mieliśmy dostępu ani do toalety ani prysznica. I co najgorsze nie dało się wyjść na zewnątrz. Do 6.00 byliśmy uziemieni. Nocleg bez toalety. Tego nie byliśmy wstanie przewidzieć. Bez toalety, ale w muzeum

Nadszedł w końcu sądny dzień. Dzień najdłuższej trasy i przekraczania granicy. Pojawiła się nawet w głowie ks. Grzegorza pokusa podjechania do Wilna autobusem, ale trwała ona tylko 5 sekund. Z samego rana wsiedliśmy na rowery. Żegnając się z proboszczem z Sejn zapowiedzieliśmy się, że jeszcze tam wrócimy wracając z Wilna. Trasa nie była specjalnie trudna choć długa. Bez większych problemów dojechaliśmy wieczorem do Wilna. Gościły nas siostry zakonne. Tak dziwnie trafiliśmy, że nie miały żadnych innych gości tego dnia, co oznaczało, że wszystkie łazienki są nasze. Paradoks. Dzień wcześniej nie mieliśmy  żadnej łazienki, a teraz mamy ich aż 10.

Rankiem pociągiem pojechaliśmy do centrum i tam zwiedzaliśmy Wilno cały dzień. Oczywiście w samo południe byliśmy na mszy w Ostrej Bramie oddając wszystkie nasze intencje naszej Matce.

Po Wilnie powrót do Sejn. Tuż przy granicy załapała nas ogromna burza, którą przesiedzieliśmy w kawiarni. Powrót w końcu się udał i znów byliśmy bezpieczni w Sejnach bez łazienek i toalety, ale za to w muzeum.

1200 km za nami. Wilno zdobyte. Nasz psychologiczny cel zdobyty. Pojawiło się zniechęcenie. Niby czas wracać, ale czasu jeszcze dużo. Emocje opadły i teraz każdy kilometr jakoś ciężej pokonywać. Potrzeba było znaleźć nowy cel.

Nowy cel to wspomniana wyżej Moskwa. Oczywiście nie dosłownie. Owa tajemnicza Moskwa, to ks. Misjonarz, dobrze nam wszystkim znany z parafialnych misji. Ks. Moskwa mieszka w Lublinie, zatem kierunek Lublin na Moskwę. Dojechaliśmy tam przez Wigry i Suwałki pociągiem, ponieważ ksiądz Grzegorz się spieszył na ślub swojej kuzynki, który miał błogosławić również w Lublinie następnego dnia. Dotarliśmy o północy do Lublina i o 1.00 w nocy w towarzystwie ks. Moskwy zjedliśmy późną a zarazem wczesną kolację. Później każdy otrzymał swój pokój i czas na sen. Kolejne dni to zwiedzanie Lublina i niedaleko położonych miejscowości: Pliszczyna (klasztoru Księży Sercanów i zarazem postulatu), Nałęczowa, Kazimierza i Puław. Puławy zapisały się niekorzystnie w naszej pamięci a szczególnie ks. Grzegorza, którego okradli z telefonu komórkowego.

Trudno było nam się rozstać z Lublinem, szczególnie zaś z ks. Moskwą. Lecz chrześcijanin to człowiek w ciągłej drodze. Pokonując sentymenty z łezką w oczach ruszyliśmy w kierunku Sandomierza. Aby przekroczyć granice miasta, trzeba było pokonać mocny podjazd. Wtedy niektórzy myśleli sobie, że słowa Chrystusa: „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiany”, zapewne powstały jak Jezus wyjeżdżał rowerem pod górę J. Dotarliśmy do Sandomierza. Po zakwaterowaniu ruszyliśmy na starówkę, aby znaleźć ojca Mateusza, ale go tam nie było (za to był ojciec Grzegorz i też na rowerze). Po wspaniałej gościnie u Księży Pallotynów udaliśmy się do nowicjatu – oczywiście znowu księży Sercanów w Stopnicy. To był nasz ostatni nocleg. Chłopcy z naszej rowerowej grupki zastanawiali się nad wstąpieniem do Sercanów (wszak byli na właściwym miejscu). I tylko siłą udało się nam ich powstrzymać przed zostaniem tam. (zastanawiam się tylko, czy chcieli zostać bo poczuli powołanie, czy nie chcieli więcej wsiadać na rower).

 

 

Stopnica zaoferowała nam obranie trzech kierunków: Kraków, Tarnów lub Kielce. Każda trasa ok. 100 km od Stopnicy. Wybraliśmy Kielce jako, że droga była najlepsza z dużym poboczem i pasował nam pociąg, który zawiózł nas prosto do Łodygowic. Ale zanim dotarliśmy do Kielc musieliśmy się oczyścić. Całą drogę padał deszcz. Trzeba było jechać ponieważ pociąg nie poczeka. Ks. Grzegorz całą trasę miał jakieś dziwne obawy o grupę. Wielu z nich było niepełnoletnich. Ciekawe dlaczego dopiero w ostatni dzień się zaczął tak lękać. Ruch w pobliżu miasta się zwiększał wraz z obawami księdza i jak na złość pobocze zniknęło, co wiązało się z ogólnie większym ryzykiem. I stał się cud. Sześć kilometrów od dworca ks. Grzegorz chyba wymodlił cud. Przebił oponę. Próba założenia starej dętki zakończyła się również porażką. Trzeba było zatem rower prowadzić i spacerkiem dotrzeć na dworzec. Wszyscy jak jeden duch prowadzili rowery i bezpiecznie dotarli do końca naszej pielgrzymki.

Pokonaliśmy łącznie 1600 km, bez pomocy samochodu. Wszystko wieźliśmy sami na rowerach. Jesteśmy z siebie dumni. Hasłem naszego wyjazdu była zmodyfikowana wypowiedź św. Pawła („Już nie ja żyje, ale żyje we mnie Chrystus): „Już nie jadę ja, ale jedzie we mnie Chrystus” (ta myśl zazwyczaj pojawiała się po 100 km każdego dnia).

 

Ks. Grzegorz Kierpiec i kamraci na rowerach

<